Słonecznie i zielono. Przy wjeździe na drogę 13 teren znacznie się podnosi. Strome nachylenie drogi, sprzęty idą na „dwójce”! Zamiast trawy wyrasta z ziemi śnieg. Mnóstwo śniegu! Drogowskazy zasypane śniegiem, tablice informacyjne wystają kilkanaście cm ponad pierzynę. Tylko droga wyryta w zaspach niczym wąwóz.
Rano słońce świeci, chmury zniknęły. Startujemy z E39, gdzieś pomiędzy drogami 5 a 13. Słonecznie i zielono. Przy wjeździe na drogę 13 teren znacznie się podnosi. Strome nachylenie drogi, sprzęty idą na „dwójce”! Wyprzedza nas agresywnie jakieś BMW. Kilkaset metrów dalej stoi na poboczu, para spod maski się kłębi. Zamiast trawy wyrasta z ziemi śnieg. Mnóstwo śniegu! Drogowskazy zasypane śniegiem, tablice informacyjne wystają kilkanaście cm ponad pierzynę. Tylko droga wyryta w zaspach niczym wąwóz. Mijamy wodospad Vallestadfossen. Zaraz taras widokowy. Widać wielkie szczyty. Część z nich zakrywają chmury. Tutaj w jeden dzień można przeżyć dwie wiosny i dwie zimy.
Tuż przed przeprawą promową przez rzekę Fjærlandsfjorden góry się kończą, a droga spada serpentynami z wysokości 900 m npm do zera! Nachylenie drogi 9%, serpentyny lepsze niż na Trollstigen! Choć nikt o nich nigdy nie napisał.
Jedną pochyłą dojeżdżamy pod sam dok w 15 minut i stateczek jest. Płyniemy do Hella, tzn. mamy nadzieję, że do Hella bo z tej samej przystani pływają promy do Vangsnes, a to nam trochę nie po drodze;)
W Hella startujemy drogą 55. Podobno jest ciekawa. Zaczyna się małymi miasteczkami i mostami rysowanymi wysokim "łukiem". Dalej jakieś prace na drodze. Chyba znów się skały sypią na jezdnię. I wjeżdżamy na kolejne szczyty, znowu pełno śniegu, ludzi brak, zieleni nie znajdziesz. Podjazdy 8% przez 10 km. W końcu przekraczamy wysokość 1000 m npm, a droga idzie ciągle wyżej! Jezdnia przestaje już być sucha. Mokro, a miejscami leży śnieg odłupany od wysokich ścian śniegowych. Tutaj śnieg utrzymuje się przez cały rok. W końcu dojeżdżamy do najwyższego punktu trasy. 1400 m npm! Wszechobecna mgła. Lekko kropi, więc uzbrajamy buty w worki. Ludzi zero. Normalnie Grenlandia. Tyle śniegu w życiu nie widziałem. Warszawskie komunikaty "ogromne ilości śniegu"? W Warszawie nigdy nie było ogromnej ilości białego puchu.
Końcem drogi dojeżdżamy do E6, Lillehammer. Wraz z końcem "żółtej" miejscowej drogi kończą się wysokie szczyty. Znowu wraca zielona roślinność, znów wiosna zaczyna się pokazywać. Kończy się też Norwegia. Już? Trzeba szukać noclegu. Są jakieś domki! Takie małe, bez okna. To chyba też i tanie;) Zajeżdżamy do gospody. Bardziej to prywatna posesja z trzeba domkami niż jakiś ośrodek. Samochód stoi pod domem, do domu drzwi otwarte, wewnątrz światło, jakieś sprzęty. Pukamy, wołamy, nikt się nie zjawia. Nikogo tu niema. Ludzie chyba tu nie wiedzą co to złodziejstwo Europy biednej.
Nikogo nie ma, no to pędzimy dalej. Miejsce się znajduje kilkanaście km za domkami, nad rzeką, więc jest jeszcze dodatkowy plus. Organizm się uodpornił na hałas TIRów, nawet mnie już w nocy nie budzą.